poniedziałek, 21 sierpnia 2017

[Rec: Sailor Moon Drops] Nostalgiczne kryształki

Hej, znacie Candy Crush? No jasne, że znacie! Trudno żyć w 2017 roku i nie mieć styczności z Candy Crush. A Sailor Moon znacie?

       I tu pewnie odpowiedź też będzie twierdząca – nawet jeśli nie oglądaliście całości jednej z najpopularniejszej serii wszechczasów, kojarzycie ten fenomen. Trudno nie rozpoznawać charakterystycznych dwóch kucyków Usagi Tsukino (chociaż postaciom anime nie mogącym odkryć tożsamości Czarodziejki z Księżyca udaje się to przez 200 odcinków). Dla wielu kidults* - w tym dla mnie -  popularna ,,Sailorka” stanowiła kamień milowy, który zmienił ich życie o 180 stopni. Przez Sailor Moon zaczęłam interesować się mangą, pojechałam na swój pierwszy konwent**, zmusiłam mamę do uszycia założyłam pierwszy cosplay…Gdyby nie historia stworzona przez Naoko Takeuchi możliwe, że nie zaczęłabym nigdy rysować komiksów (a na pewno nie miałabym takiego problemu z odpowiednią długością nóg postaci…). Pewnie i Wy macie wiele miłych wspomnień związanych z Czarodziejkami – sięgnijcie w takim razie po Sailor Moon Drops!

,,W imieniu Księżyca... będziesz dobrze się bawić!"


      Sailorkowa gra na komórki powstała z okazji 25 rocznicy serii w 2016 roku. Początkowo nie była dostępna na terenie Europy (i trzeba było sobie ściągać skąd indziej), teraz jednak możecie się w nią zaopatrzyć w sklepie Google Play lub iTunes. Zajmuje sporo (ok. 130 mb) i potrzebuje do uruchomienia połączenia z Internetem, ale…

Po pierwsze – sama gra. Na głównej planszy poruszamy się od poziomu do poziomu zgodnie z ważniejszymi wydarzeniami dobrze znanymi z anime. I klasycznie, jak w Candy Crushu, łączymy po trzy i więcej kolorowych kryształków, niekiedy używając specjalnych ruchów i kamyczków. Brzmi banalnie, ale jeśli lubicie tego typu gry będziecie bardzo zadowoleni z różnorodności planszy. Gra na czas, walka z demonem, odblokowywanie odłamków srebrnego kryształu, gra z jednoczesnym szukaniem poukrywanych obrazków Luny (ILEŻ JA SIĘ NASZUKAŁAM TEGO SIERŚCIUCHA) – to tylko z niektórych rozrywek. Zaczynamy od gry Usą, ale stopniowo spotykamy kolejne Czarodziejki. W dodatku, prócz głównej mapy, możemy brać udział w czasowych eventach, które pozwolą nam do naszej kolekcji postaci dodać np. jeszcze niedostępne w zwykłym trybie gry Trzy Gwiazdy czy Tuxedo. Eventy pojawiają się co chwila (niekiedy dwa na raz!), więc pracy rozrywki nam nie zabraknie. Zaczyna się zazwyczaj niewinnie, ale im dalej w las, tym więcej trzeba się napocić, by zdobyć upragnioną postać. Czy raczej – nagłowić, bo samo losowe łączenie kamyczków to często za mało, by wygrać planszę.

Po drugie – grafika. Lubiliście (teraz już vintage) słodką i uroczą stylistykę anime? Gra doskonale ją odzwierciedla, sięgając również po motywy z rysunków samej Takeuchi (np. koronki). Wszystko się mieni pastelami, błyszczy, i…i są Sailorki! Postać, którą aktualnie gramy towarzyszy nam przy rozgrywanej planszy – co więcej, reaguje na nasze ruchy, cierpliwie czekając, ciesząc się lub smucąc. Twórcy gry fantastycznie oddali gesty charakterystyczne dla każdej bohaterki – oglądanie tych maleńkich animacji wywołuje wspomnienia chwil spędzonych na śledzeniu perypetii Usagi i spółki. Zachowało się nawet to, że Tuxedo jest prawie bezużyteczny ;) …
     Każda postać ma swoje specjalne ruchy, który pomaga nam w wygraniu planszy – oczywiście są one wzorowane na atakach Sailorek również znanych z wersji animowanej. I tutaj ode mnie łyżka dziegciu w tej beczce miodności – podstawowy atak Minako to jakaś pomyłka. Czarodziejka z Wenus, najbardziej doświadczona z wojowniczek, która swego czasu sama walczyła z tym całym mrocznym tałatajstwem jako Sailor V dostała w grze atak, który…może nie zadziałać. Nazbieracie odpowiednią ilość serduszek, zdecydujecie się na Świetlisty Promień*** i…gra może losowo zdecydować, że sorry, nie. Przez moją sympatię do Venus mocno mnie to boli – szczególnie, że ataki innych bohaterek zostały moim zdaniem dobrze oddane (szczególnie ten rozpierdol na planszy, który robi Sailor Saturn <3).
 
Usagi jest szczęśliwa, ja też jestem szczęśliwa.

Po trzecie – chociaż o tym pisałam już wyżej – nostalgia. Gra uruchamia jej ogromne pokłady – już na wstępnie wita nas słynny okrzyk ,,Ukarzę cię w imieniu księżyca!” (który dla polskiego fana zazwyczaj brzmi ,,Okiokio”). Muzyk, choć napisana oryginalnie pod grę, również przywodzi na myśl tę sailorkową – jest urocza i skoczna (na dłuższą metę może trochę zbyt). Kiedy dodamy do tego wspomnianą grafikę i ruchy postaci… Zawsze gdy przegrywałam planszę i widziałam ryczącą Usagi, w głowie słyszałam jej odstraszający demony płacz. Swoją drogą, czy to nie cudowne, że płaczliwość bohaterki, którą wszyscy jej wypominali, okazywała się całkiem niezłą bronią? (O wspaniałości Usagi wkrótce będzie notka!)

Sailor Moon Drops jest świetną gierką inspirowaną popularną marką, oddającą jej ducha i wywołującą wśród fanów szczególnie takich starych jak ja ciepłe wspomnienia. Jednocześnie to kawał dobrej rozrywki w swoim gatunku. Mogę tylko polecić przekonać się o tym samemu.

Od razu ostrzegam: wciąga!


* Połączenie słów kids i adults. Kategoria zdobywająca popularność na Zachodzie, mająca określać pokolenie obecnych dwudziesto- i trzydziestoparolatków. Jej powstanie dobrze odzwierciedla to, że kulturowe progi rozpoczęcia dorosłości bardzo się nam ostatnio rozciągnęły. Zob. https://en.wikipedia.org/wiki/Kidult (dostęp: 21.08.2017) - choć tutaj jest to określenie nacechowane dość negatywnie.
** Pierwszy Dzień z Sailor Moon w klubie Stodoła. 7 godzin w kolejce zdecydowanie zaznaczyło moje życie…

*** Crescent Beam. Tak, u nas to było to słynne ,,Groch, fasola…”.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Rec: Bohater, którego potrzebowaliśmy [Spider-man: Homecoming]

[Spoiler FREE] Zmęczyliście się trochę filmami superbohaterskimi, gdzie giganci mocy walczą między sobą i/lub ratują świat przed totalną zagładą? Spokojnie, przybywa przyjazny pająk z sąsiedztwa!

Nie zrozumcie mnie źle – kocham obecną fazę kultury popularnej. Kocham te rebooty sequela spin-offa, które nawiązują do trzech wcześniejszych adaptacji, ironizują wobec dawnych konwencji i co chwila puszczają oko do starych wyjadaczy (czasem z dyskrecją Rocketa z ostatnich ,,Strażników Galaktyki”, no ale). Uwielbiam to wszystko z powodów wielu, a traktowanie popkultury jako odbicia społecznych nastrojów i kreślenia strefy wpływów w przestrzeni symbolicznej to tylko jeden z nich*. Jednak w tym dominującym nurcie przyda się czasem film wyjątkowo jak na swój gatunek kameralny, zwyczajny i…ludzki. Tak. Przyda się – znowu – superbohater, który jest ludzki. Marvel chyba ostatnio trochę o tym zapomina.

Cudowny plakat teaserowy, dużo lepszy od końcowego.
Źródło:https://cdn.vox-cdn.com/uploads/chorus_asset/file/8571017/spider_man_poster.jpg


Spider-man: Homecoming nie jest oczywiście w ogóle nie powiązany z trzecią fazą Marvel Cinematic Universe – w końcu sama postać Człowieka-Pająka pojawiła się już w Captain America: Civil War**, kiedy to Petera Parkera zwerbował do swojej drużyny Iron Man. Powtórka z tych wydarzeń (ukazana w mistrzowsko zabawny sposób) otwiera Homecoming, a zaraz potem… niezwykły chłopiec wraca do swojej zwykłej rzeczywistości (pomijając łapanie złodziei rowerów i udzielanie informacji turystycznych). Peter rozpaczliwie czeka na sygnał do ruszenia na misję, w której mógłby się wykazać – czuje,  że stać go na więcej. Sygnał nie nadchodzi, ale czujny Pająk wpada na trop specyficznego gangu handlarzy bronią…

Brawurowe i całkiem świeżo potraktowane sceny akcji (z odpowiednią dawką humoru – kim byłby Spider-man bez humoru?***) przeplatane są z sceny z życia Petera-nastolatka. Tu mamy najwięcej zabawy z konwencją – teoretycznie wszystko to już było, ale w filmie Jona Wattsa typowa teenage drama jest zniuansowana drobnymi przesunięciami. Jak dla mnie wypada to bardzo zgrabnie, choć wśród towarzyszących mi na seansie znajomych zdania były podzielone. Powiem szczerze – można zwalić to na mój brak obiektywizmu. Chyba nie ma drugiej postaci z popkultury zachodniej, z którą miałabym tyle dobrych wspomnień z dzieciństwa i wczesnego nastolactwa co Spider-man. Przez różowe, nostalgiczne okulary patrzę na stare kreskówki, zeszyty wydawane przez TM-semic i Dobry Komiks, a NAWET NA FILMY Z MAGUIREM!!1!!1!

Kocham.
Źródło: https://www.themarysue.com/sailor-moon-spider-man/


Jeśli nie odrzuciło Was za daleko od ekranu, czytajcie dalej.

Trochę pod główną tkanką filmu toczy się bardzo osobisty dramat– też nam już dobrze znany, a jednak z nowym spojrzeniem. Peter stara się zaakceptować fakt, że jest bohaterem - ORAZ sobą. Peter Parker jest Spider-manem – ale też Spider-man jest Peterem Parkerem. W dramatycznej (i świetnie zagranej) scenie pod gruzami chłopiec musi przekroczyć podział, który sam stworzył między swoim zwyczajnym a bohaterskim alter ego – ta heroiczna i trudna walka wyciska łzy z oczu (no dobrze, może tylko mi – prawie zawsze płaczę na filmach superbohaterskich).

Dalej mamy – i znowu, tylko z pozoru – typowy marvelowski standard: dobra muzyka, dobra gra aktorska, świetne dialogi, ciekawa (i miło, że tak zróżnicowana etnicznie!) obsada z paroma nieoczywistymi wcieleniami (pojawia się nawet Betty Brant!). Jeśli coś smuci mnie w tym filmie, to Tony Stark, który jest bucem. Ale nie takim urokliwym bucem z pewnością siebie, tylko raczej bardzo zagubionym w życiu bucem. Czy to zabieg celowy autorów, który zostanie rozwinięty w innych filmach z uniwersum – zobaczymy.

Co jednak sprawia, że Spider-man: Homecoming tak pozytywnie wyróżnia się w obecnej fazie MCU? Jak wspomniałam na początku – bardzo ludzkie i ,,zwyczajne” spojrzenie na superbohatera-nastolatka. Peter Parker popełnia błędy, stara się jak może, bywa nieostrożny, nudzi się, przeżywa strach i wiele innych, niekiedy sprzecznych emocji (co świetnie wyraża gra aktorska Toma Hollanda). A jednocześnie jest bohaterem – bohaterem zwykłych, również zagmatwanych w rzeczywistości jak on ludzi. I to nie pajęcze moce czy super strój czynią go bohaterem – ale jego wielkie, dobre serce i chęć niesienia pomocy wszystkim, bez wyjątku. Postawiony przed wyborem, czy ugrać coś dla siebie czy wypełnić bohaterskie obowiązki, nie waha się ani przez sekundę. W momencie, gdy wszyscy inni wielcy bohaterowie – Avengersi, Batman, Superman – trochę się pogubili w wewnętrznych sporach i między globalnymi zagrożeniami, Spider-man jest na wskroś dobry, na wskroś ludzki i na wskroś bohaterski. Jest bohaterem, którego potrzebowaliśmy.

No, i może też trochę na niego zasłużyliśmy – przez cierpliwość (zostańcie na drugą scenę po napisach!).



* Zob. W. Kuligowski, Popkultura jako źródło tożsamości, w: ,,Kultura popularna”, red. W. Godzic, A. Fulińska, M. Filiciak, Kraków 2002, s. 19-26.
** Wybaczcie pozostawienie angielskiego tytułu - szczerze nienawidzę, jak polski przekład spłycił przekaz oryginału.
*** Andrew Garfieldem. Przepraszam.

piątek, 26 maja 2017

Recenzja: ,,Zamek Griffith'ów"

Całkiem spory dorobek artystyczny Ewy Kiniorskiej znam z branży odrobinę innej niż powieści – mianowicie z komiksów. Wspominam o tym nie bez kozery – uważam, że przedstawiona w ,,Zamku Griffth’ów” historia dużo lepiej prezentowałaby się w tym właśnie medium.

Debiutancka powieść Ewy ,,El-e" Kiniorskiej.


Rok 1889, Kornwalia. Dziewiętnastoletnia Anabella Griffith mieszka wraz z dalszą, blisko dwustuosobową (!) rodziną w tytułowym zamku nad brzegiem morza. Zamek rodu Griffitów kryje w sobie wiele tajemnych przejść i nieznanych (prawie) nikomu korytarzy… a także niesamowitości, które zaważą na dalszym losie głównej bohaterki. Od pokoleń bowiem w rodzinie Griffithów kobiety o imieniu Anabella przeznaczone są do tajemniczej misji…

…tak tajemniczej, że do końca powieści nie dowiemy się, na czym konkretnie owa misja polega. To chyba największa wada powieści – Kiniorska początkowo rozbudza ciekawość czytelnika, ale im dalej w fabułę, tym bardziej piętrzące się tajemnice zaczynają zwyczajnie denerwować. Powoływanie się na rodzinną klątwę nie jest w ogóle przekonujące. Na czym polega misja Anabelii? Co takiego majstrują w lochach zamku jej martwi krewni? Kto z rodziny dybie na życie bohaterki? Co to za tajemnicze stowarzyszenie chce Anabellę zabić? Nie dostajemy odpowiedzi na praktycznie żadne z tych pytań, ba – nie dostajemy nawet ku temu poszlak, które pomogłyby rozwikłać zagadki. W momentach, kiedy mogłyby się pojawić dialogi odrobinę nakierowujące czytelnika, autorka ucieka się – kilkakrotnie! – do szybkiego narracyjnego podsumowania sytuacji, np.: ,,Seniorzy nie chcieli się dzielić swoją wiedzą. A uwagi, jakie czynili, były zaskakujące i niezrozumiałe” (str.60) lub ,,(…) On przerwał jej i wprowadził w swoje plany. Ucieszyła się, że w końcu cos jej wyjawia. Przy śniadaniu wyjaśnił, że musi ją zostawić na całe popołudnie i gdzieś sam pójść.” (str. 122). Takich skrótów jest niestety dużo, dużo więcej, szczególnie w drugiej połowie książki – zupełnie jakby Kiniorska pisała raczej streszczenie innej powieści niż swoją własną historię. Opis tego, jak zaprzyjaźnia się para głównych bohaterów, zajmuje ledwo ponad stronę…

Wszystko już wiecie? Ja nie.


No właśnie, bohaterowie. Choć na kartach powieści pojawia się ich sporo, z imienia znamy zaledwie garstkę, a więcej ,,czasu antenowego” autorka poświęca zaledwie trójce: migającej w tle nabzdyczonej kuzynce Klarze, towarzyszowi i strażnikowi Anabelii Anthony’emu oraz samej głównej bohaterce. Klara jest postacią rozbudowaną równie mocno co złe siostry Kopciuszka w swoim najbardziej kartonowym wydaniu. Anthony ma być z założenia (i z powodu klątwy, oczywiście) niezdolny do uczuć, co nie przeszkadza mu brylować w towarzystwie czy być bucem wobec Anabelii, a później jednak się z nią zaprzyjaźnić. Po za tym jest ponury, ale przystojny, odważny, zna się na modzie, świetnie włada bronią i – jak czynione są sugestie – prawdopodobnie podbił serce Anabelii od pierwszego wejrzenia. Wyświechtana heteronormatywna sztampa bijąca od tej relacji zupełnie do mnie nie przemawia.

Natomiast główna bohaterka, jak się zdaje, miała być ciekawą i nietuzinkową heroiną. Jak jej oryginalność jest kreowana? Oczywiście tym, że NIE JEST TAK INNE DZIEWCZĘTA – nie bawią jej rozmowy na ,,kobiece tematy”, potrafi majsterkować (co robi w powieści dosłownie raz), jest ciekawa świata (teoretycznie) i inteligentna (w co można wątpić, śledząc jej zachowanie). Najboleśniejsze jest to, że trudno o niej cokolwiek sprecyzowanego powiedzieć – nastrój bohaterki zmienia się prawie co akapit, ona sama zaś głównie miota się między poczuciem rodzinnego (słabo umotywowanego) obowiązku a…czymś (chęcią przygody?).

Boli mnie również, że z taką dokładnością podany rok i miejsce dziania się powieści nie służy absolutnie niczemu (no, może tylko usprawiedliwia angielskie imiona bohaterów). Występujący w jednym z rozdziałów XIX-wieczny Londyn opisany jest tak, jakby był dowolnym miastem w dowolnym czasie (minus powozy na ulicach). Odniesienie do kultury tego czasu: 1 (czy purytańska rodzina nie będzie zła, że Anthony śpi w pokojach Anabelli?). Odniesienia historyczne: 1 (gazeta z nagłówkiem o wojnie w Afryce). Jak na możliwości, jakie daje przełom wieków: rewolucja przemysłowa, pojawienie się tzw. kultury ,,masowej” i lęk elit przed masami, zmiany społeczne, dekadentyzm, etc. – trochę słabo.

Styl, początkowo nawet dość malowniczy, szybko staje się trudny do zniesienia przez bardzo krótkie, streszczające wszystko zdania. Zdecydowanie zabrakło ,,Zamku Griffith’ów” czujnej korekty, która poprawiłaby coś więcej niż literówki. Stylistyczne powtórzenia (,,nadzieje okazują się płonne” trzy razy w przeciągu dwóch stron), nieścisłości fabularne, brak spacji w kilku miejscach – to wszystko nie pomaga w lekturze.
 
W takim stylu przejmująca akcja nie wypada zbyt... przejmująco. 

Aż chce się westchnąć ,,Szkoda”. Pomysł Ewy Kiniorskiej są plastyczne i, mimo wszystkich wad, ciekawe. Historia tajemniczego zamku ma swój potencjał na wciągające dzieło fantasy – niestety, potencjał niezrealizowany. Być może gdyby przedstawioną fabułę zilustrować w komiksie – w medium oszczędnego słowa i sugestywnego obrazu – wiele z wymienianych przeze mnie wad dałoby się obrócić na korzyść ,,Zamku Griffith’ów”. Jako wyraz wyobraźni autorki całość prezentuje się zachęcająco, jako powieść – niestety dużo, dużo słabiej. 

piątek, 5 maja 2017

Wielogłos o Pyrkonie 2017

Wielogłos o Pyrkonie 2017

Tegoroczny Festiwal Fantastyki Pyrkon kolejny raz mogłam obserwować z kilku różnych perspektyw. Ograniczając się do opisania tylko jednego punktu widzenia zubożyłabym opis pyrkonowych przeżyć, więc… Proszę bardzo, wielogłos o Pyrkonie.

To my!


Jako wystawca

      Wielu przyjeżdża do Poznania po prostu dobrze bawić się na Festiwalu – ja oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie przyjechała ,,przy okazji” do pracy. Pyrkon to dobry moment, by twórca mógł się pokazać ze swoimi pracami (plakatami, naklejkami, rękodziełem, smoczymi jajami*, etc.) przed jak największą ilością zainteresowanych i zarobić trochę grosza (który może wydać na plakaty, naklejki i rękodzieło innych artystów). Choćby względy ilościowe sprawiają, że na Pyrkon tłumnie przybywają wystawcy – ale w tym roku zostali szczególnie mile ugoszczeni. Bardzo kontaktowi organizatorzy, prąd na stoisku (bez dopłaty!), zero problemów z odbieraniem i oddawaniem stoiska. Wyraźnie pomogła zmiana z hali nr 6 na ,,piątkę”, w poprzednich latach służącą jako sleepy. Było MIEJSCE, a to, moi drodzy, jest zawsze towar deficytowy na tego typu imprezach. Ba, dało się nawet wyjść ze stoiska BOKIEM, a nie, jak zazwyczaj, pod stolikiem – drodzy Organizatorzy, nasze kolana są Wam wdzięczne.

Moje stoisko razem z https://www.facebook.com/allantiee  i  https://www.facebook.com/chalveszalwinski <3
Rzadka chwila, kiedy jest ogarnięte...

      Bardzo miłym posunięciem było też umieszczenie Alei Artystów po pierwsze na środku sali, po drugie – pod wyraźnym banerem z jej szlachetną nazwą. Pomagało to w lokalizacji, a sami artyści ze swoimi stoiskami mini nie czuli się tak przygniecieni towarzystwem wielkich firm, których powierzchnia towarowa mogłaby wystąpić z wnioskiem o założenie własnego państwa.
      Wszystkie te – niby drobne, ale bardzo znaczące – udogodnienia sprawiły, że bardzo miło można było spędzić przy stoisku …no, co najmniej 80% czasu przebywania na Festiwalu. Gdybyście kiedyś sami się wybierali ze stoiskiem na Pyrkon, pamiętajcie – czasem nie ma się kiedy w nos podrapać, a co dopiero pomyśleć o jakiś rozrywkach. W tym miejscu dziękuję wszystkim osobom, które donosiły mi jedzenie i picie.

Jako prelegent

      Jako wystawca nie powiem złego słowa na Pyrkon 2017 – jako prelegent trochę jednak pomarudzę. Nie będzie to wielkie marudzenie, ale łyżka dziegciu w beczce miodu…
Prowadziłam w tym roku jedną atrakcję – panel o doświadczeniu bycia shipperem (,,Shipię, więc jestem”) w Bloku Integracyjnym. Kontakt mailowy z prowadzącym bloku atrakcji nie był jakiś szczególnie miły czy niemiły, jednak jego szybkość mogłaby być odrobinę większa – szczególnie, kiedy na kilka dni przed imprezą panel nie jest widoczny na liście atrakcji, bo…od tygodnia poprawiana jest literówka w jego tytule. Oczywiście, jestem w stanie zrozumieć, że to przez nawał pracy, nie mniej… no, sami wiecie.
    Sala, którą dostałam na przeprowadzenie panelu okazała się tak z pięć razy za mała w stosunku do ilości oczekujących. To też jestem w stanie zrozumieć – nie da się z góry przewidzieć, ilu chętnych znajdzie się na dany temat (chociaż, kiedy zna się środowisko fanowskie, można za Aldoną Kobus stwierdzić, że shipping i slash to jedne z najbardziej dominujących praktyk**). Obsługa popełniła jednak zdecydowanie błąd wpuszczając najpierw za dużą liczbę osób, a potem część z nich wypraszając – pozostawiło to niesmak. Lepszy był pomysł, który widziałam zastosowany w niedzielę – wpuszczanie określonej liczby osób i czekanie, aż się usadowią, dopiero później wpuszczanie następnych.
      Prócz tego mniej sympatycznego incydentu obsługa sali była bardzo pomocna – łącznie ze znalezieniem sposobu, jak online otworzyć prezentacje PowerPoint (dacie wiarę, że nie było odpowiedniego programu na komputerze znajdującym się w sali?).
      Mam nadzieję, że w przyszłym roku uda mi się dostać większą salę na ponowne przeprowadzenie tej prelekcji – sądząc po reakcjach publiczności, była dość udana. I pamiętajcie, jeśli macie shipy hetero – to tylko faza, wydorośniecie, zmienicie zdanie, kiedy spotkacie wreszcie odpowiedni ship homo…

Tak, łapałam wszystkich cosplayerów z Haikyuu i SnK...
No i paru z Yu-Gi-Oh dla https://www.facebook.com/Shindianaify

Jako uczestnik

      Z racji pełnienia dwóch powyższych funkcji z innych dobrodziejstw konwentu skorzystałam statystycznie mniej. Udało mi się wyrwać na jeden tylko panel - poświęcony podobieństwom superbohaterów do magical girls – i powiem tak, dupa nieurwana pozostała na swoim miejscu. Mimo wiedzy prowadzących prelekcja sprawiała wrażenie poczynionej bardzo pobieżnej, bez miejsca na głębszą analizę zjawiska***-być może z powodu goniącego czasu.

No i spotkanie z moimi kochanymi Fannibalami z Hannibal Polska Kuchnia <3
Dzięki!

    Zresztą, od kilku lat zdaje mi się (i słuchając znajomych utwierdzam się w tym), że jednym z najsłabszych atrakcji Pyrkonu są właśnie prelekcje. Wiem, wiem, to dopiero zabrzmi jak hipsterskie marudzenie, ale czasem mam wrażenie, że jest ich… za dużo. Z powodu takich ilości większość atrakcji skondensowana jest do godziny (a w zasadzie: 50 minut minus opóźnienia ze względu na problemy ze sprzętem czy wchodzącymi słuchaczami). Ciężko w tym czasie zmieścić przestrzeń na fanowskie dyskusje, pytania, uwagi – a czy nie jest to jedna z najcenniejszych fandomowych praktyk? Być może pomogłoby ograniczenie liczby atrakcji, dołożenie do ich czasu kwadransu na dyskusje albo umieszczenie w innych budynkach?... Może to ostatnie pomogłoby również na ciągłe braki z ilością miejsc…
      Jako uczestnik mogę też stwierdzić, że na moje bardzo pozytywne wrażenie popyrkonowe wpłynął fakt, że w tym roku zrezygnowałam ze spania na wspólnej hali sleepowej. Nie macie pojęcia, o ile mniej nienawidzi się ludzi, kiedy nikt Was nie budzi o czwartej nad ranem zbiorowym klaskaniem…Zdaję sobie sprawę, że dla wielu Pyrkon to czas nieskrępowanej zabawy – uważam jednak, że z pożytkiem dla wszystkich przydałoby się trochę skrępowania, kiedy roześmiana grupa zaczyna deptać po czyimś śpiworze albo chóralnie odśpiewuje wszystkie znane sobie piosenki religijne. W tym roku spędziłam na sleepie pół godziny - i był to chyba najgorszy czas imprezy. Może robię się już stara – a może po prostu okrzyki ,,zaraz będzie ciemno” piąty rok z rzędu przestają być zabawne.

Cudna Squirrell Girl z Męczennicy Cosplayu <3


…i jako fan-badacz

      Aca-fan, fan-akademik, fan-badacz – to figura stworzona przez Henry’ego Jenkinsa, jednego z głównych przedstawicieli drugiej fali fan studies. Jenkins twierdził, że nie da się dobrze opisywać środowiska fanowskiego, stojąc zupełnie z boku i samemu nie będąc fanem. Bycie jednocześnie fanem pomaga badaczowi zrozumieć praktyki i sposób myślenia fandomów. Skazuje go też na wieczne rozdarcie pomiędzy dwiema bardzo różnymi rolami.
      Ale będąc na Pyrkonie nie myślałam o rozdarciu między naukową analizą a fanowskim zaangażowaniem. Patrzyłam na otaczające mnie rzesze cosplayerów, graczy, czytelników, dyskutantów, którzy spotkawszy się kolejce do toalety zaczynają analizować ostatni epizod ,,Gwiezdnych Wojen”. Patrzyłam i myślałam: to fantastyczne! To fantastyczne, że są ci, którzy dla swojej i innych frajdy zarywają noce, by dokończyć wspaniałe kostiumy. To fantastyczne, że są tacy, którzy wybuchają radością widząc piękne prace ze swoimi ukochanymi bohaterami. To fantastyczne, że jest tyle ludzi, którzy aktywnie uczestniczą w kulturze, dla których nie jest obojętne, jaki kształt mają współczesne seriale czy filmy. To fantastycznie, że mają pasję. I fantastycznie, że są tacy różnorodni.
      Na tym chyba zakończę, bo zacznę się rozklejać – fandom jest fantastyczny. Pyrkon, jako miejsce spotkań fanów, jest fantastyczny.
Do zobaczenia za rok.


Angst autorstwa Always Reading Girl <3



* Nie, to nie żart.
** Myśl z niewydanej jeszcze (a szkoda!) książki Aldony, artykuły autorki możecie znaleźć tutaj: https://umk.academia.edu/AldonaKobus.
*** Jeśli ktoś w tym momencie stwierdził ,,Ale jaką głęboką analizę można przeprowadzić o magical girls?”, przypominam: JESTEM KULTUROZNAWCĄ, BADAM I ANALIZUJĘ KAŻDY PRZEJAW KULTURY, WYJDŹ Z INTERNETU I POWIEDZ MI TO W TWARZ.

sobota, 18 lutego 2017

Rec: Płakałam jak bóbr nad koalą, czyli ,,Sing” happens

,,Sing” to urocza i zabawna animacja o dwóch rzeczach, które są w życiu najważniejsze.
Nie, tym razem nie chodzi o brak Minionków i sposoby na skuteczną kradzież prądu -  ale jak zwykle doceniam Wasz sposób myślenia. 

Źródło: https://fdb.pl/film/731354-sing/plakaty
Czy Minionki to zabawne (bo/choć głupkowate) maskotki czy największa plaga internetów od czasu ,,Bee Movie”, nie mi decydować[1]. Faktem pozostaje, że małe żółte kanalie stały się znakiem rozpoznawczym wytwórni Illumination Entertiment, która nakręciła z Minionkami już trzy filmy[2]. I niewiele więcej. Spod rąk animatorów Illumination wyszło też ,,Sekretne życie zwierząt domowych” (mające w oryginale dużo bardziej lapidarny tytuł ,,Pets”, 2016) – film przyjemny, ale części ciała nieurywający. A ,,Sing”?
 
,,Sing” działa na znanej skądinąd zasadzie, że lubimy te piosenki, które już znamy. Nie tylko w tym wymiarze, że film najeżony jest przebojami różnych czasów i trendów , a roztańczona świnia w złotym dresie  śpiewająca ,,Bad Romance” zawsze śmieszy. Fabuła jest prosta i znana z niejednej produkcji o artystach: mamy podupadający teatr. Jego dyrektor – ekspresywny koala Buster Moon – postanawia, w celu przywrócenia swojemu przybytkowi sztuki dawnej świetności (i by pospłacać rachunki) zorganizować konkurs piosenki. Z powodu błędu podstarzałej sekretarki ulotki o tym, że nagrodą w konkursie jest sto tysięcy dolarów (a nie niecały tysiąc, smętnie wyłuskany z sejfu teatru), dosłownie zalewają miasto i trafiają do różnych ludz… zwierzaków. Na casting przybywa reszta bohaterów: goryl Johnny, kura (a raczej świnia) domowa Rosita, zarozumiała mysz Mike, nieśmiała słonica Meena, jeżozwierzyca Ash… i jeszcze pół miasta. Szczęśliwcy, którzy przejdą eliminacje, marzą, by wyśpiewać sukces. 

Źródło: http://www.filmweb.pl/film/Sing-2016-700243/photos/674000
I – wybaczcie ten spoiler, ale long story short – udaje im się. Oczywiście nie od razu, i jak to w historiach tego typu bywa, im bliżej premiery, tym więcej rzeczy zaczyna się sypać (dosłownie i w przenośni). Każda z postaci (a mamy tu różne typy artystów: bufona, naturszczyka, piosenkarkę ze złamanym sercem, etc.) ma swoje problemy i momenty zwątpienia, i mimo przewidywalności finału ciekawi widza rozwiązanie tych wątków. Dodać należy, że film dyskretnie, niemal niezauważalnie, łamie kilka schematów i stereotypów[3] - nie zostaje wepchnięty nigdzie niepotrzebny wątek romantyczny, nie mamy nagłych (no, prawie) nawróceń, a największego bluesa czuje Gunther, rodowity Niemiec (tak, ta świnka w złotym dresie). To wszystko okraszone humorem znanym z innych produkcji wytwórni – niekiedy brutalnym, w imię zasady ,,wyobrażenia kontra rzeczywistość”.

 
A jednak ,,Sing” choć nie zaskakuje zbytnio, nie tylko bawi, ale i wzrusza. Bo jest o dwóch naprawdę ważnych rzeczach.

Po pierwsze, o pasji. O zaangażowaniu, które dodaje sił i nadaje sens akrobatycznym wysiłkom poradzenia sobie z rzeczywistością (np. podkradnięciu prądu do oświetlenia sceny) [Tira: tudzież organizacją opieki dla 25-ciu dziecków #BrawoRosita<3]. Zmagania bohaterów ,,Singa” oglądałam z nostalgicznym rozrzewnieniem, wspominając czasy, kiedy sama byłam zaangażowana w niskobudżetowy teatr (i zdarzało mi się prasować tekturową rybę o czwartej nad ranem. Tak, na trzeźwo.). Bohaterowie ogarnięci pasją są cudowni do oglądania. Szczególnie piękny pod tym względem jest właśnie koala z tytułu tego tekstu – Buster brnie od porażki do… jeszcze większej porażki z energią i optymizmem napędzanych chyba toną eukaliptusa. Jak nie polubić bohatera, który, ukrywając tremę, z uśmiechem mówi: ,,Jestem śmiertelnie przerażony”?
Druga ważna rzecz w ,,Singu” – to ci, którzy wspierają zaangażowanie bohaterów. Wspominany wielokrotnie ojciec Bustera, pracujący całe życie, by syn mógł wybudować swój wymarzony teatr. Cała rodzina, a zwłaszcza dziadek Meeny, niemal siłą wypychający ją na casting. Teatralni koledzy, ośmielający Rositę i pocieszający Ash. Doceniamy ich szczególnie, bo widzimy też te postacie, które dopiero będą mogły się przekonać do wysiłków teatralnej trupy – ojca Johnny’ego, który chciałby zrobić z syna gangstera, dupkowatego chłopaka Ash, rodzinę Rosity – spracowanego męża i gromadkę prosiąt prawie niezauważających zajmującej się domem matki. I za to, by artyści dostali należny im aplauz, trzymamy kciuki najmocniej.  ,,Sing” wręcz krzyczy: ,,Hej, widzu, jesteś ważny, bez ciebie to nie byłoby takie fajne”.

Mówiąc górnolotnie: ,,Sing” jest o energii teatru, magii, która dzieje się między artystą a widownią. I o to chodzi w sztuce – nieważne, czy to Hamlet, czy świnia w przebraniu z tekturowej pralki.



[1] Ja tam lubię Minionki. Mam nadzieję, że przypisy czytacie na koniec, bo jeszcze nie wrócicie do czytania reszty tekstu. Jakby co, to apeluję do rodaków: Wracajcie!
[2] A czwarty pt. ,,Gru, Dru i minionki" już się kroi. Zwiastun macie tutaj:https://www.youtube.com/watch?v=vDyO0_ARVjc
[3] Choć niedźwiedzie z mafii, podobnie jak w disnejowskim ,,Zwierzogrodzie”, mówią z rosyjskim akcentem. Czy to przez ten mem z Putinem?

poniedziałek, 13 lutego 2017

Terror ogarniania



     
Źródło: http://iqkartka.pl/kartka/9304.html

     Pewien Worf (ale nie ten ze Star Treka) i pewien Sapir (nie mylić z tapirem) ukuli kiedyś wielce pożyteczną hipotezę na temat języka [1]. Hipoteza ta głosi, że język, którym posługujemy się na co dzień kształtuje nasz sposób widzenia świata. Przyjęcie hipotezy Sapira-Worfa przydaje się szczególnie na płaszczyźnie międzykulturowej, bo pomaga  zrozumieć, dlaczego kiedy zamawiamy w Brazylii kawkę, nie dostajemy małej uroczej cappuchinki, tylko wyciąg z szatana wywołujący palpitacje serca[2]. Ta hipoteza będzie też użyteczna kiedy znajomy Anglik w pracy powie o nas ,,my friend”, a niekoniecznie ma na myśli przyjaźń na śmierć i życie i pożyczenie nam stówy do pierwszego. Relatywizm językowy wyjaśni nam sytuację również wtedy, gdy dowiemy się, że w szwedzkim nie ma odpowiednika jakże polskiego ,,załatwić”[3] - a przez to nie da się kupić szwedzkiej pani ze szwedzkiego dziekanatu duńskich ciasteczek i tym sposobem ,,załatwić” przepisanie oceny w szwedzkim wydaniu USOS-a.


     Łatwo jest językowy sposób widzenia świata zaobserwować przy wychwytywaniu różnic między ,,naszą” a inną kulturą. Trudniej, kiedy zaczynamy analizować rodzimą mowę. W końcu jesteśmy zanurzeni we własnym języku i na co dzień wiele słów wypowiadamy bez zastanowienia się, jaką informację przekazują poza swoim ,,podstawowym” sensem.

    Zdaje się, że jednym z takich słów jest ,,ogarniać” – a przecież słyszymy je wielokrotnie w rozmowach, szczególnie na temat pracy. Często występuje w takich zbitkach: ,,Muszę to ogarnąć”, ,,Mam to ogarnięte”, ,,On jest nieogarnięty” czy też w kultowym ,,Nie ogarniam, zarobiony jestem”.

Słownik Języka Polskiego podaje szereg definicji słowa ,,ogarniać”[4], Ciocia Wikipedia też dorzuca swoje trzy grosze[5]: ogarnia się ramieniem (kogoś) lub wzrokiem (coś). Ogarniać może nas uczucie, my możemy ogarniać – w znaczeniu okrążać, osaczać. ,,Ogarniać” to też wyrażenie na powierzchowne sprzątanie, doprowadzanie się do porządku, no i wreszcie – rozumienie czegoś, kogoś, pojmowanie sił wyższych i/lub matematyki. Przeciwieństwem ogarniania jest nieogarnianie, w formie rzeczownikowej przybierające wdzięczną formę ,,nieogar”. Niedobrze jest być nieogarem - wikipedia mówi, że to osoba nie ogarniająca podstawowych kwestii, osoba nieporadna, nierozumna [6].

     Nie chcemy być nieogarami. Chcemy radzić sobie w życiu i rozumieć, co się z nim (i z nami) dzieje. Nie ogarniać to sobie może pan Miecio spod budki z piwem, ale on już przegrał życie. My chcemy życie wygrywać - czyli ogarniać. Chcemy ogarniać wszystko, choćby tylko powierzchownie – wypowiedzi celebrytów, politykę światową, kino islandzkie. Chcemy doprowadzać się do porządku, do ładu i składu – najlepiej wg linijki i określonego wzorca. Na osoby ,,nie ogarniające”, nie radzące sobie, wolimy patrzeć z góry.

     Czy chęć ogarniania – czyli  bycia poinformowanym oraz zwartym, gotowym do działania – jest zła? Nah. Oczywiście, że nie. Sama chciałabym wreszcie ogarnąć kino islandzkie, a w poniedziałkowe poranki szybko ogarnąć się i zabrać do pracy. Ogarnianie daje nam poczucie panowania nad sobą i życiem dookoła nas, a to jest dobre i przyjemne. Wiecie, co jest złe i nieprzyjemne.

Nie, tym razem nie nazizm, choć podoba mi się wasz tok myślenia.

Przesadzanie. Przesadzanie z ogarnianiem jest złe.
     Kiedy zapędzimy się ze swoim ogarnianiem, to okazuje się, że musimy wypowiedzieć się na każdy możliwy temat i wygrać każdą (internetową lub nie) dyskusję. Zresztą ciężko mówić o dyskusji, kiedy chcemy przede wszystkim udowodnić, że lepiej ogarniamy sprawę. Nie zostawiamy sobie marginesu na nieogarnianie – a co za tym idzie, na naukę czegoś nowego od drugiej osoby. Irytujemy się, kiedy czegoś nie wiemy - zamiast ucieszyć się, że czegoś się dowiemy. Trochę wbrew językowi zresztą, bo ograniać jest czasownikiem niedokonanym.

     Wojciech Burszta pisał swego czasu o współczesnym terrorze symultaniczności[7], robienia wszystkiego na raz – terror ogarniania jest pewnie tego pochodną. Sądzę, że dość powszechnie nasz zawłaszcza. Kłótnie na fejsie to pół biedy, ale kto z chorych na depresję przynajmniej raz nie usłyszał ,,Ogarnij się”? Czy będąc w kiepskim stanie nie mówimy sami do siebie z pewną nawet złością, że musimy się ogarnąć? W terrorze ogarniania nie ma marginesu na niewiedzę, nie ma więc też marginesu na to, by trochę ,,nie ogarniać” siebie. Chcielibyśmy (musimy?) działać od razu, superwydajnie, bez przerw. Na moment nieogaru mamy wziąć cudownie działający lek (albo niesławny Niepierdol[8]). Byle tylko się nie zatrzymać.

     Nie podam Wam sposobu na zatrzymanie się. Ani też metody na radzenie sobie z presją społeczną każącą nam ogarniać (i kupować cudowne leki). Ale jeśli chcecie coś zmienić, zacznijcie od języka. Może po prostu kilka razy zastanówcie się nad sensem ,,ogarniania”, kiedy znowu odruchowo westchniecie pod nosem  ,,Muszę to ogarnąć”…





[1] Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Hipoteza_Sapira-Whorfa [stan z 28.01.2017]. Możecie też zajrzeć do tekstów obu panów w kompendium tekstów Antropologia słowa (Warszawa, 2002) – ale pamiętajcie, że żaden z nich wprost owej hipotezy nie formułuje.
[2] Czy normalną, brazylijską kawę.
[3] Źródła tej rewelacji nie podam niestety, można uderzać do dr Włodka Pessela i dopytywać.
[4] Zob. http://sjp.pl/ogarnia%C4%87 [stan z 28.01.2017].
[7] Zob. W. Burszta, Od mowy magicznej do szumów popkultury, Warszawa 2009.
[8] Jeśli już naprawdę musicie: https://www.youtube.com/watch?v=SYeWd2ZYEnM [stan z 28.01.2017].