piątek, 26 maja 2017

Recenzja: ,,Zamek Griffith'ów"

Całkiem spory dorobek artystyczny Ewy Kiniorskiej znam z branży odrobinę innej niż powieści – mianowicie z komiksów. Wspominam o tym nie bez kozery – uważam, że przedstawiona w ,,Zamku Griffth’ów” historia dużo lepiej prezentowałaby się w tym właśnie medium.

Debiutancka powieść Ewy ,,El-e" Kiniorskiej.


Rok 1889, Kornwalia. Dziewiętnastoletnia Anabella Griffith mieszka wraz z dalszą, blisko dwustuosobową (!) rodziną w tytułowym zamku nad brzegiem morza. Zamek rodu Griffitów kryje w sobie wiele tajemnych przejść i nieznanych (prawie) nikomu korytarzy… a także niesamowitości, które zaważą na dalszym losie głównej bohaterki. Od pokoleń bowiem w rodzinie Griffithów kobiety o imieniu Anabella przeznaczone są do tajemniczej misji…

…tak tajemniczej, że do końca powieści nie dowiemy się, na czym konkretnie owa misja polega. To chyba największa wada powieści – Kiniorska początkowo rozbudza ciekawość czytelnika, ale im dalej w fabułę, tym bardziej piętrzące się tajemnice zaczynają zwyczajnie denerwować. Powoływanie się na rodzinną klątwę nie jest w ogóle przekonujące. Na czym polega misja Anabelii? Co takiego majstrują w lochach zamku jej martwi krewni? Kto z rodziny dybie na życie bohaterki? Co to za tajemnicze stowarzyszenie chce Anabellę zabić? Nie dostajemy odpowiedzi na praktycznie żadne z tych pytań, ba – nie dostajemy nawet ku temu poszlak, które pomogłyby rozwikłać zagadki. W momentach, kiedy mogłyby się pojawić dialogi odrobinę nakierowujące czytelnika, autorka ucieka się – kilkakrotnie! – do szybkiego narracyjnego podsumowania sytuacji, np.: ,,Seniorzy nie chcieli się dzielić swoją wiedzą. A uwagi, jakie czynili, były zaskakujące i niezrozumiałe” (str.60) lub ,,(…) On przerwał jej i wprowadził w swoje plany. Ucieszyła się, że w końcu cos jej wyjawia. Przy śniadaniu wyjaśnił, że musi ją zostawić na całe popołudnie i gdzieś sam pójść.” (str. 122). Takich skrótów jest niestety dużo, dużo więcej, szczególnie w drugiej połowie książki – zupełnie jakby Kiniorska pisała raczej streszczenie innej powieści niż swoją własną historię. Opis tego, jak zaprzyjaźnia się para głównych bohaterów, zajmuje ledwo ponad stronę…

Wszystko już wiecie? Ja nie.


No właśnie, bohaterowie. Choć na kartach powieści pojawia się ich sporo, z imienia znamy zaledwie garstkę, a więcej ,,czasu antenowego” autorka poświęca zaledwie trójce: migającej w tle nabzdyczonej kuzynce Klarze, towarzyszowi i strażnikowi Anabelii Anthony’emu oraz samej głównej bohaterce. Klara jest postacią rozbudowaną równie mocno co złe siostry Kopciuszka w swoim najbardziej kartonowym wydaniu. Anthony ma być z założenia (i z powodu klątwy, oczywiście) niezdolny do uczuć, co nie przeszkadza mu brylować w towarzystwie czy być bucem wobec Anabelii, a później jednak się z nią zaprzyjaźnić. Po za tym jest ponury, ale przystojny, odważny, zna się na modzie, świetnie włada bronią i – jak czynione są sugestie – prawdopodobnie podbił serce Anabelii od pierwszego wejrzenia. Wyświechtana heteronormatywna sztampa bijąca od tej relacji zupełnie do mnie nie przemawia.

Natomiast główna bohaterka, jak się zdaje, miała być ciekawą i nietuzinkową heroiną. Jak jej oryginalność jest kreowana? Oczywiście tym, że NIE JEST TAK INNE DZIEWCZĘTA – nie bawią jej rozmowy na ,,kobiece tematy”, potrafi majsterkować (co robi w powieści dosłownie raz), jest ciekawa świata (teoretycznie) i inteligentna (w co można wątpić, śledząc jej zachowanie). Najboleśniejsze jest to, że trudno o niej cokolwiek sprecyzowanego powiedzieć – nastrój bohaterki zmienia się prawie co akapit, ona sama zaś głównie miota się między poczuciem rodzinnego (słabo umotywowanego) obowiązku a…czymś (chęcią przygody?).

Boli mnie również, że z taką dokładnością podany rok i miejsce dziania się powieści nie służy absolutnie niczemu (no, może tylko usprawiedliwia angielskie imiona bohaterów). Występujący w jednym z rozdziałów XIX-wieczny Londyn opisany jest tak, jakby był dowolnym miastem w dowolnym czasie (minus powozy na ulicach). Odniesienie do kultury tego czasu: 1 (czy purytańska rodzina nie będzie zła, że Anthony śpi w pokojach Anabelli?). Odniesienia historyczne: 1 (gazeta z nagłówkiem o wojnie w Afryce). Jak na możliwości, jakie daje przełom wieków: rewolucja przemysłowa, pojawienie się tzw. kultury ,,masowej” i lęk elit przed masami, zmiany społeczne, dekadentyzm, etc. – trochę słabo.

Styl, początkowo nawet dość malowniczy, szybko staje się trudny do zniesienia przez bardzo krótkie, streszczające wszystko zdania. Zdecydowanie zabrakło ,,Zamku Griffith’ów” czujnej korekty, która poprawiłaby coś więcej niż literówki. Stylistyczne powtórzenia (,,nadzieje okazują się płonne” trzy razy w przeciągu dwóch stron), nieścisłości fabularne, brak spacji w kilku miejscach – to wszystko nie pomaga w lekturze.
 
W takim stylu przejmująca akcja nie wypada zbyt... przejmująco. 

Aż chce się westchnąć ,,Szkoda”. Pomysł Ewy Kiniorskiej są plastyczne i, mimo wszystkich wad, ciekawe. Historia tajemniczego zamku ma swój potencjał na wciągające dzieło fantasy – niestety, potencjał niezrealizowany. Być może gdyby przedstawioną fabułę zilustrować w komiksie – w medium oszczędnego słowa i sugestywnego obrazu – wiele z wymienianych przeze mnie wad dałoby się obrócić na korzyść ,,Zamku Griffith’ów”. Jako wyraz wyobraźni autorki całość prezentuje się zachęcająco, jako powieść – niestety dużo, dużo słabiej. 

piątek, 5 maja 2017

Wielogłos o Pyrkonie 2017

Wielogłos o Pyrkonie 2017

Tegoroczny Festiwal Fantastyki Pyrkon kolejny raz mogłam obserwować z kilku różnych perspektyw. Ograniczając się do opisania tylko jednego punktu widzenia zubożyłabym opis pyrkonowych przeżyć, więc… Proszę bardzo, wielogłos o Pyrkonie.

To my!


Jako wystawca

      Wielu przyjeżdża do Poznania po prostu dobrze bawić się na Festiwalu – ja oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie przyjechała ,,przy okazji” do pracy. Pyrkon to dobry moment, by twórca mógł się pokazać ze swoimi pracami (plakatami, naklejkami, rękodziełem, smoczymi jajami[1], etc.) przed jak największą ilością zainteresowanych i zarobić trochę grosza (który może wydać na plakaty, naklejki i rękodzieło innych artystów). Choćby względy ilościowe sprawiają, że na Pyrkon tłumnie przybywają wystawcy – ale w tym roku zostali szczególnie mile ugoszczeni. Bardzo kontaktowi organizatorzy, prąd na stoisku (bez dopłaty!), zero problemów z odbieraniem i oddawaniem stoiska. Wyraźnie pomogła zmiana z hali nr 6 na ,,piątkę”, w poprzednich latach służącą jako sleepy. Było MIEJSCE, a to, moi drodzy, jest zawsze towar deficytowy na tego typu imprezach. Ba, dało się nawet wyjść ze stoiska BOKIEM, a nie, jak zazwyczaj, pod stolikiem – drodzy Organizatorzy, nasze kolana są Wam wdzięczne.

Moje stoisko razem z https://www.facebook.com/allantiee  i  https://www.facebook.com/chalveszalwinski <3
Rzadka chwila, kiedy jest ogarnięte...

      Bardzo miłym posunięciem było też umieszczenie Alei Artystów po pierwsze na środku sali, po drugie – pod wyraźnym banerem z jej szlachetną nazwą. Pomagało to w lokalizacji, a sami artyści ze swoimi stoiskami mini nie czuli się tak przygniecieni towarzystwem wielkich firm, których powierzchnia towarowa mogłaby wystąpić z wnioskiem o założenie własnego państwa.
      Wszystkie te – niby drobne, ale bardzo znaczące – udogodnienia sprawiły, że bardzo miło można było spędzić przy stoisku …no, co najmniej 80% czasu przebywania na Festiwalu. Gdybyście kiedyś sami się wybierali ze stoiskiem na Pyrkon, pamiętajcie – czasem nie ma się kiedy w nos podrapać, a co dopiero pomyśleć o jakiś rozrywkach. W tym miejscu dziękuję wszystkim osobom, które donosiły mi jedzenie i picie.

Jako prelegent

      Jako wystawca nie powiem złego słowa na Pyrkon 2017 – jako prelegent trochę jednak pomarudzę. Nie będzie to wielkie marudzenie, ale łyżka dziegciu w beczce miodu…
Prowadziłam w tym roku jedną atrakcję – panel o doświadczeniu bycia shipperem (,,Shipię, więc jestem”) w Bloku Integracyjnym. Kontakt mailowy z prowadzącym bloku atrakcji nie był jakiś szczególnie miły czy niemiły, jednak jego szybkość mogłaby być odrobinę większa – szczególnie, kiedy na kilka dni przed imprezą panel nie jest widoczny na liście atrakcji, bo…od tygodnia poprawiana jest literówka w jego tytule. Oczywiście, jestem w stanie zrozumieć, że to przez nawał pracy, nie mniej… no, sami wiecie.
    Sala, którą dostałam na przeprowadzenie panelu okazała się tak z pięć razy za mała w stosunku do ilości oczekujących. To też jestem w stanie zrozumieć – nie da się z góry przewidzieć, ilu chętnych znajdzie się na dany temat (chociaż, kiedy zna się środowisko fanowskie, można za Aldoną Kobus stwierdzić, że shipping i slash to jedne z najbardziej dominujących praktyk[2]). Obsługa popełniła jednak zdecydowanie błąd wpuszczając najpierw za dużą liczbę osób, a potem część z nich wypraszając – pozostawiło to niesmak. Lepszy był pomysł, który widziałam zastosowany w niedzielę – wpuszczanie określonej liczby osób i czekanie, aż się usadowią, dopiero później wpuszczanie następnych.
      Prócz tego mniej sympatycznego incydentu obsługa sali była bardzo pomocna – łącznie ze znalezieniem sposobu, jak online otworzyć prezentacje PowerPoint (dacie wiarę, że nie było odpowiedniego programu na komputerze znajdującym się w sali?).
      Mam nadzieję, że w przyszłym roku uda mi się dostać większą salę na ponowne przeprowadzenie tej prelekcji – sądząc po reakcjach publiczności, była dość udana. I pamiętajcie, jeśli macie shipy hetero – to tylko faza, wydorośniecie, zmienicie zdanie, kiedy spotkacie wreszcie odpowiedni ship homo…

Tak, łapałam wszystkich cosplayerów z Haikyuu i SnK...
No i paru z Yu-Gi-Oh dla https://www.facebook.com/Shindianaify

Jako uczestnik

      Z racji pełnienia dwóch powyższych funkcji z innych dobrodziejstw konwentu skorzystałam statystycznie mniej. Udało mi się wyrwać na jeden tylko panel - poświęcony podobieństwom superbohaterów do magical girls – i powiem tak, dupa nieurwana pozostała na swoim miejscu. Mimo wiedzy prowadzących prelekcja sprawiała wrażenie poczynionej bardzo pobieżnej, bez miejsca na głębszą analizę zjawiska[3]-być może z powodu goniącego czasu.

No i spotkanie z moimi kochanymi Fannibalami z Hannibal Polska Kuchnia <3
Dzięki!

    Zresztą, od kilku lat zdaje mi się (i słuchając znajomych utwierdzam się w tym), że jednym z najsłabszych atrakcji Pyrkonu są właśnie prelekcje. Wiem, wiem, to dopiero zabrzmi jak hipsterskie marudzenie, ale czasem mam wrażenie, że jest ich… za dużo. Z powodu takich ilości większość atrakcji skondensowana jest do godziny (a w zasadzie: 50 minut minus opóźnienia ze względu na problemy ze sprzętem czy wchodzącymi słuchaczami). Ciężko w tym czasie zmieścić przestrzeń na fanowskie dyskusje, pytania, uwagi – a czy nie jest to jedna z najcenniejszych fandomowych praktyk? Być może pomogłoby ograniczenie liczby atrakcji, dołożenie do ich czasu kwadransu na dyskusje albo umieszczenie w innych budynkach?... Może to ostatnie pomogłoby również na ciągłe braki z ilością miejsc…
      Jako uczestnik mogę też stwierdzić, że na moje bardzo pozytywne wrażenie popyrkonowe wpłynął fakt, że w tym roku zrezygnowałam ze spania na wspólnej hali sleepowej. Nie macie pojęcia, o ile mniej nienawidzi się ludzi, kiedy nikt Was nie budzi o czwartej nad ranem zbiorowym klaskaniem…Zdaję sobie sprawę, że dla wielu Pyrkon to czas nieskrępowanej zabawy – uważam jednak, że z pożytkiem dla wszystkich przydałoby się trochę skrępowania, kiedy roześmiana grupa zaczyna deptać po czyimś śpiworze albo chóralnie odśpiewuje wszystkie znane sobie piosenki religijne. W tym roku spędziłam na sleepie pół godziny - i był to chyba najgorszy czas imprezy. Może robię się już stara – a może po prostu okrzyki ,,zaraz będzie ciemno” piąty rok z rzędu przestają być zabawne.

Cudna Squirrell Girl z Męczennicy Cosplayu <3


…i jako fan-badacz

      Aca-fan, fan-akademik, fan-badacz – to figura stworzona przez Henry’ego Jenkinsa, jednego z głównych przedstawicieli drugiej fali fan studies. Jenkins twierdził, że nie da się dobrze opisywać środowiska fanowskiego, stojąc zupełnie z boku i samemu nie będąc fanem. Bycie jednocześnie fanem pomaga badaczowi zrozumieć praktyki i sposób myślenia fandomów. Skazuje go też na wieczne rozdarcie pomiędzy dwiema bardzo różnymi rolami.
      Ale będąc na Pyrkonie nie myślałam o rozdarciu między naukową analizą a fanowskim zaangażowaniem. Patrzyłam na otaczające mnie rzesze cosplayerów, graczy, czytelników, dyskutantów, którzy spotkawszy się kolejce do toalety zaczynają analizować ostatni epizod ,,Gwiezdnych Wojen”. Patrzyłam i myślałam: to fantastyczne! To fantastyczne, że są ci, którzy dla swojej i innych frajdy zarywają noce, by dokończyć wspaniałe kostiumy. To fantastyczne, że są tacy, którzy wybuchają radością widząc piękne prace ze swoimi ukochanymi bohaterami. To fantastyczne, że jest tyle ludzi, którzy aktywnie uczestniczą w kulturze, dla których nie jest obojętne, jaki kształt mają współczesne seriale czy filmy. To fantastycznie, że mają pasję. I fantastycznie, że są tacy różnorodni.
      Na tym chyba zakończę, bo zacznę się rozklejać – fandom jest fantastyczny. Pyrkon, jako miejsce spotkań fanów, jest fantastyczny.
Do zobaczenia za rok.


Angst autorstwa Always Reading Girl <3


[1] Nie, to nie żart.
[2] Myśl z niewydanej jeszcze (a szkoda!) książki Aldony, artykuły autorki możecie znaleźć tutaj: https://umk.academia.edu/AldonaKobus.
[3] Jeśli ktoś w tym momencie stwierdził ,,Ale jaką głęboką analizę można przeprowadzić o magical girls?”, przypominam: JESTEM KULTUROZNAWCĄ, BADAM I ANALIZUJĘ KAŻDY PRZEJAW KULTURY, WYJDŹ Z INTERNETU I POWIEDZ MI TO W TWARZ.

sobota, 18 lutego 2017

Rec: Płakałam jak bóbr nad koalą, czyli ,,Sing” happens

,,Sing” to urocza i zabawna animacja o dwóch rzeczach, które są w życiu najważniejsze.
Nie, tym razem nie chodzi o brak Minionków i sposoby na skuteczną kradzież prądu -  ale jak zwykle doceniam Wasz sposób myślenia. 

Źródło: https://fdb.pl/film/731354-sing/plakaty
Czy Minionki to zabawne (bo/choć głupkowate) maskotki czy największa plaga internetów od czasu ,,Bee Movie”, nie mi decydować[1]. Faktem pozostaje, że małe żółte kanalie stały się znakiem rozpoznawczym wytwórni Illumination Entertiment, która nakręciła z Minionkami już trzy filmy[2]. I niewiele więcej. Spod rąk animatorów Illumination wyszło też ,,Sekretne życie zwierząt domowych” (mające w oryginale dużo bardziej lapidarny tytuł ,,Pets”, 2016) – film przyjemny, ale części ciała nieurywający. A ,,Sing”?
 
,,Sing” działa na znanej skądinąd zasadzie, że lubimy te piosenki, które już znamy. Nie tylko w tym wymiarze, że film najeżony jest przebojami różnych czasów i trendów , a roztańczona świnia w złotym dresie  śpiewająca ,,Bad Romance” zawsze śmieszy. Fabuła jest prosta i znana z niejednej produkcji o artystach: mamy podupadający teatr. Jego dyrektor – ekspresywny koala Buster Moon – postanawia, w celu przywrócenia swojemu przybytkowi sztuki dawnej świetności (i by pospłacać rachunki) zorganizować konkurs piosenki. Z powodu błędu podstarzałej sekretarki ulotki o tym, że nagrodą w konkursie jest sto tysięcy dolarów (a nie niecały tysiąc, smętnie wyłuskany z sejfu teatru), dosłownie zalewają miasto i trafiają do różnych ludz… zwierzaków. Na casting przybywa reszta bohaterów: goryl Johnny, kura (a raczej świnia) domowa Rosita, zarozumiała mysz Mike, nieśmiała słonica Meena, jeżozwierzyca Ash… i jeszcze pół miasta. Szczęśliwcy, którzy przejdą eliminacje, marzą, by wyśpiewać sukces. 

Źródło: http://www.filmweb.pl/film/Sing-2016-700243/photos/674000
I – wybaczcie ten spoiler, ale long story short – udaje im się. Oczywiście nie od razu, i jak to w historiach tego typu bywa, im bliżej premiery, tym więcej rzeczy zaczyna się sypać (dosłownie i w przenośni). Każda z postaci (a mamy tu różne typy artystów: bufona, naturszczyka, piosenkarkę ze złamanym sercem, etc.) ma swoje problemy i momenty zwątpienia, i mimo przewidywalności finału ciekawi widza rozwiązanie tych wątków. Dodać należy, że film dyskretnie, niemal niezauważalnie, łamie kilka schematów i stereotypów[3] - nie zostaje wepchnięty nigdzie niepotrzebny wątek romantyczny, nie mamy nagłych (no, prawie) nawróceń, a największego bluesa czuje Gunther, rodowity Niemiec (tak, ta świnka w złotym dresie). To wszystko okraszone humorem znanym z innych produkcji wytwórni – niekiedy brutalnym, w imię zasady ,,wyobrażenia kontra rzeczywistość”.

 
A jednak ,,Sing” choć nie zaskakuje zbytnio, nie tylko bawi, ale i wzrusza. Bo jest o dwóch naprawdę ważnych rzeczach.

Po pierwsze, o pasji. O zaangażowaniu, które dodaje sił i nadaje sens akrobatycznym wysiłkom poradzenia sobie z rzeczywistością (np. podkradnięciu prądu do oświetlenia sceny) [Tira: tudzież organizacją opieki dla 25-ciu dziecków #BrawoRosita<3]. Zmagania bohaterów ,,Singa” oglądałam z nostalgicznym rozrzewnieniem, wspominając czasy, kiedy sama byłam zaangażowana w niskobudżetowy teatr (i zdarzało mi się prasować tekturową rybę o czwartej nad ranem. Tak, na trzeźwo.). Bohaterowie ogarnięci pasją są cudowni do oglądania. Szczególnie piękny pod tym względem jest właśnie koala z tytułu tego tekstu – Buster brnie od porażki do… jeszcze większej porażki z energią i optymizmem napędzanych chyba toną eukaliptusa. Jak nie polubić bohatera, który, ukrywając tremę, z uśmiechem mówi: ,,Jestem śmiertelnie przerażony”?
Druga ważna rzecz w ,,Singu” – to ci, którzy wspierają zaangażowanie bohaterów. Wspominany wielokrotnie ojciec Bustera, pracujący całe życie, by syn mógł wybudować swój wymarzony teatr. Cała rodzina, a zwłaszcza dziadek Meeny, niemal siłą wypychający ją na casting. Teatralni koledzy, ośmielający Rositę i pocieszający Ash. Doceniamy ich szczególnie, bo widzimy też te postacie, które dopiero będą mogły się przekonać do wysiłków teatralnej trupy – ojca Johnny’ego, który chciałby zrobić z syna gangstera, dupkowatego chłopaka Ash, rodzinę Rosity – spracowanego męża i gromadkę prosiąt prawie niezauważających zajmującej się domem matki. I za to, by artyści dostali należny im aplauz, trzymamy kciuki najmocniej.  ,,Sing” wręcz krzyczy: ,,Hej, widzu, jesteś ważny, bez ciebie to nie byłoby takie fajne”.

Mówiąc górnolotnie: ,,Sing” jest o energii teatru, magii, która dzieje się między artystą a widownią. I o to chodzi w sztuce – nieważne, czy to Hamlet, czy świnia w przebraniu z tekturowej pralki.



[1] Ja tam lubię Minionki. Mam nadzieję, że przypisy czytacie na koniec, bo jeszcze nie wrócicie do czytania reszty tekstu. Jakby co, to apeluję do rodaków: Wracajcie!
[2] A czwarty pt. ,,Gru, Dru i minionki" już się kroi. Zwiastun macie tutaj:https://www.youtube.com/watch?v=vDyO0_ARVjc
[3] Choć niedźwiedzie z mafii, podobnie jak w disnejowskim ,,Zwierzogrodzie”, mówią z rosyjskim akcentem. Czy to przez ten mem z Putinem?

poniedziałek, 13 lutego 2017

Terror ogarniania



     
Źródło: http://iqkartka.pl/kartka/9304.html

     Pewien Worf (ale nie ten ze Star Treka) i pewien Sapir (nie mylić z tapirem) ukuli kiedyś wielce pożyteczną hipotezę na temat języka [1]. Hipoteza ta głosi, że język, którym posługujemy się na co dzień kształtuje nasz sposób widzenia świata. Przyjęcie hipotezy Sapira-Worfa przydaje się szczególnie na płaszczyźnie międzykulturowej, bo pomaga  zrozumieć, dlaczego kiedy zamawiamy w Brazylii kawkę, nie dostajemy małej uroczej cappuchinki, tylko wyciąg z szatana wywołujący palpitacje serca[2]. Ta hipoteza będzie też użyteczna kiedy znajomy Anglik w pracy powie o nas ,,my friend”, a niekoniecznie ma na myśli przyjaźń na śmierć i życie i pożyczenie nam stówy do pierwszego. Relatywizm językowy wyjaśni nam sytuację również wtedy, gdy dowiemy się, że w szwedzkim nie ma odpowiednika jakże polskiego ,,załatwić”[3] - a przez to nie da się kupić szwedzkiej pani ze szwedzkiego dziekanatu duńskich ciasteczek i tym sposobem ,,załatwić” przepisanie oceny w szwedzkim wydaniu USOS-a.


     Łatwo jest językowy sposób widzenia świata zaobserwować przy wychwytywaniu różnic między ,,naszą” a inną kulturą. Trudniej, kiedy zaczynamy analizować rodzimą mowę. W końcu jesteśmy zanurzeni we własnym języku i na co dzień wiele słów wypowiadamy bez zastanowienia się, jaką informację przekazują poza swoim ,,podstawowym” sensem.

    Zdaje się, że jednym z takich słów jest ,,ogarniać” – a przecież słyszymy je wielokrotnie w rozmowach, szczególnie na temat pracy. Często występuje w takich zbitkach: ,,Muszę to ogarnąć”, ,,Mam to ogarnięte”, ,,On jest nieogarnięty” czy też w kultowym ,,Nie ogarniam, zarobiony jestem”.

Słownik Języka Polskiego podaje szereg definicji słowa ,,ogarniać”[4], Ciocia Wikipedia też dorzuca swoje trzy grosze[5]: ogarnia się ramieniem (kogoś) lub wzrokiem (coś). Ogarniać może nas uczucie, my możemy ogarniać – w znaczeniu okrążać, osaczać. ,,Ogarniać” to też wyrażenie na powierzchowne sprzątanie, doprowadzanie się do porządku, no i wreszcie – rozumienie czegoś, kogoś, pojmowanie sił wyższych i/lub matematyki. Przeciwieństwem ogarniania jest nieogarnianie, w formie rzeczownikowej przybierające wdzięczną formę ,,nieogar”. Niedobrze jest być nieogarem - wikipedia mówi, że to osoba nie ogarniająca podstawowych kwestii, osoba nieporadna, nierozumna [6].

     Nie chcemy być nieogarami. Chcemy radzić sobie w życiu i rozumieć, co się z nim (i z nami) dzieje. Nie ogarniać to sobie może pan Miecio spod budki z piwem, ale on już przegrał życie. My chcemy życie wygrywać - czyli ogarniać. Chcemy ogarniać wszystko, choćby tylko powierzchownie – wypowiedzi celebrytów, politykę światową, kino islandzkie. Chcemy doprowadzać się do porządku, do ładu i składu – najlepiej wg linijki i określonego wzorca. Na osoby ,,nie ogarniające”, nie radzące sobie, wolimy patrzeć z góry.

     Czy chęć ogarniania – czyli  bycia poinformowanym oraz zwartym, gotowym do działania – jest zła? Nah. Oczywiście, że nie. Sama chciałabym wreszcie ogarnąć kino islandzkie, a w poniedziałkowe poranki szybko ogarnąć się i zabrać do pracy. Ogarnianie daje nam poczucie panowania nad sobą i życiem dookoła nas, a to jest dobre i przyjemne. Wiecie, co jest złe i nieprzyjemne.

Nie, tym razem nie nazizm, choć podoba mi się wasz tok myślenia.

Przesadzanie. Przesadzanie z ogarnianiem jest złe.
     Kiedy zapędzimy się ze swoim ogarnianiem, to okazuje się, że musimy wypowiedzieć się na każdy możliwy temat i wygrać każdą (internetową lub nie) dyskusję. Zresztą ciężko mówić o dyskusji, kiedy chcemy przede wszystkim udowodnić, że lepiej ogarniamy sprawę. Nie zostawiamy sobie marginesu na nieogarnianie – a co za tym idzie, na naukę czegoś nowego od drugiej osoby. Irytujemy się, kiedy czegoś nie wiemy - zamiast ucieszyć się, że czegoś się dowiemy. Trochę wbrew językowi zresztą, bo ograniać jest czasownikiem niedokonanym.

     Wojciech Burszta pisał swego czasu o współczesnym terrorze symultaniczności[7], robienia wszystkiego na raz – terror ogarniania jest pewnie tego pochodną. Sądzę, że dość powszechnie nasz zawłaszcza. Kłótnie na fejsie to pół biedy, ale kto z chorych na depresję przynajmniej raz nie usłyszał ,,Ogarnij się”? Czy będąc w kiepskim stanie nie mówimy sami do siebie z pewną nawet złością, że musimy się ogarnąć? W terrorze ogarniania nie ma marginesu na niewiedzę, nie ma więc też marginesu na to, by trochę ,,nie ogarniać” siebie. Chcielibyśmy (musimy?) działać od razu, superwydajnie, bez przerw. Na moment nieogaru mamy wziąć cudownie działający lek (albo niesławny Niepierdol[8]). Byle tylko się nie zatrzymać.

     Nie podam Wam sposobu na zatrzymanie się. Ani też metody na radzenie sobie z presją społeczną każącą nam ogarniać (i kupować cudowne leki). Ale jeśli chcecie coś zmienić, zacznijcie od języka. Może po prostu kilka razy zastanówcie się nad sensem ,,ogarniania”, kiedy znowu odruchowo westchniecie pod nosem  ,,Muszę to ogarnąć”…





[1] Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Hipoteza_Sapira-Whorfa [stan z 28.01.2017]. Możecie też zajrzeć do tekstów obu panów w kompendium tekstów Antropologia słowa (Warszawa, 2002) – ale pamiętajcie, że żaden z nich wprost owej hipotezy nie formułuje.
[2] Czy normalną, brazylijską kawę.
[3] Źródła tej rewelacji nie podam niestety, można uderzać do dr Włodka Pessela i dopytywać.
[4] Zob. http://sjp.pl/ogarnia%C4%87 [stan z 28.01.2017].
[7] Zob. W. Burszta, Od mowy magicznej do szumów popkultury, Warszawa 2009.
[8] Jeśli już naprawdę musicie: https://www.youtube.com/watch?v=SYeWd2ZYEnM [stan z 28.01.2017].